biografia obecnie wspomnienia na Kanusie
FRANCISZKA CIEMIENGA

Wspomnienie Pani Marii J. -(znała osobiście Franciszkę)

Francka była z usposobienia pogodna, ale i stanowcza, energiczna, nie wysokiego wzrostu. Na pozór niczym się nie wyróżniała, mówiła po śląsku, chodziła ubrana po chłopsku.
Utrzymywała się z małego gospodarstwa rolnego, czasami wzięła od kogoś pieniądze, a czasami dawała je komuś z powrotem.

Często mówiła, »gdy przechodzicie obok kościoła to wstąpcie na chwilę, ani się nie ubierajcie /chodzi o ubranie świąteczne/, bo Pan Jezus czeka«.

Miała duży szacunek dla duchowieństwa, nakazywała bronić swego duszpasterza, »by na Sądzie nie stanąć bez swojego pasterza«.
Namawiała aby »w pierwszej kolejności wspierać swój parafialny kościół, potem dalsze kościoły«.

Po remoncie lubeckiego kościoła (zakończonym w 1924 roku), zniosła krzyż, który wisi obecnie w babienicy.

Franciszka powiedziała: »Pochowiecie mnie tak, że będziecie mi deptać po nogach«.
I faktycznie po przeróbce nawierzchni placu kościelnego i postawieniu nowego pomnika, "grób" został przesunięty bliżej kościoła.

Pochowano ją tam gdzie często widziano ją modlącą się, pod obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej i najbliżej Najświętszego Sakramentu, bo przychodziła na ranne nabożeństwa bardzo wcześnie, gdy kościół był jeszcze zamknięty.

Obecny plac kościelny był kiedyś cmentarzem, Franciszkę pochowano między księżmi. Miejsce to było jeszcze wolne, nie było tam wcześniej grobu.

Przychodzącym do niej, zalecała modlitwy do Boga Ojca, Zasłony /Tajemnicy/ Trójcy Świętej i do Honoru Ojca Niebieskiego.

Zmarła w swoim domku, na bruch tj. przepuklinę, będąc przy pełnej świadomości umysłu.

Moja mama była przy śmierci Francki i zawsze wspominając ten moment cieszyła się, że było jej to dane.

Franciszka Ciemienga modliła się trzy razy dziennie, miejscowa ludność nazywała to rzykanie, w czasie tych modlitw kładła się na kanapie i w trakcie »zabrania«, udzielała ludziom odpowiedzi na pytania z którymi się do niej zwrócili. Odpowiedzi rozumiały te osoby, których one dotyczyły, pozostali nie, stąd niektórzy twierdzą, iż mówiła bez sensu. Zebranym zawsze kazała się modlić, czasami komuś dawała jakąś pracę do zrobienia, np. rżnięcie sieczki, znoszenie worków itp.

Wspomnienia Pani Marii J. z bezpośrednich kontaktów z Franciszką Ciemienga:

Byłam bardzo ciekawa jak odbywa się to rzykanie, więc prosiłam mamę (moja mama często chodziła do Francki), że gdy będzie coś potrzebować to ma mnie posłać, no i mama mnie posłała. Gdy ludzie się już zebrali ja też weszłam do izby, ale Francka podeszła do mnie i powiedziała: »jo mamie w kościele powiym modlitwy a ty idź pomóż Anie kartofli nastrugać. Ja posłusznie poszłam, ale rzykanie mnie ominęło«.
Prosiłam więc po raz drugi aby mnie posłała, no i poszłam. Kiedy kobiety już usiadły w izbie to i ja się wsunęłam, ale Francka mnie wzięła za rękę i powiedziała: »jo w kościele mamie powiym modlitwy, a ty idź do kuchni nadubać fandzoli«. Poszłam, ale rzykanie znowu mnie minęło.
Prosiłam trzeci raz, i mama mnie posłała. To już się prawie, że schowałam pod ławą między zebranymi kobietami, zasłonięta ich obszernymi kieckami. Jak Francka przyszła, to najpierw mnie wyciągnęła i powiedziała: »jo w kościele mamie powiym modlitwy, a ty idź i łodprow Droga Krzyżowo«. Więcej już nie próbowałam, widocznie nie miałam tego widzieć, w tym uczestniczyć.

Mając może 12 - 15 lat kopałam u Francki kartofle, każdy miał swój rządek, ja też i wynagrodziła mnie jak dorosłą osobę. Przy robocie dawała dobrze zjeść.

Z Lubecka na Kanus wiodła polna droga z obu stron zarośnięta trawą. Franciszka szła zawsze wyjeżdżoną koleiną, żeby nie deptać porośniętych brzegów, które ludzie wynajmowali do pasienia krów lub gęsi.
Pasałyśmy z kuzynką gęsi przy drodze, gdy szła Francka to ja się bardzo bałam, bo wiedziałam, że ona wszystko wie. Mnie jednak nic nie mówiła a kuzynce groziła palcem i mówiła: »A ty se ino wiyncyj rzykej«. Kuzynka zmarła mając około 50 lat.

W gospodarstwie naszym zachorowała maciora, w razie padnięcia była to duża strata. Matka szybko biegła do Franciszki - co robić? Ona wyszła ku niej i zawołała »prędko idźcie po weterynarza«. Weterynarz przyjechał, ale świni nie dało się leczyć, więc trzeba było ją poderżnąć. Lekarz wystawił świadectwo, że mięso jest zdatne do spożycia. W tym dniu przez wieś jechało dwóch rzeźników skupujących zwierzęta na rzeź. Mięso sprzedano temu, który więcej zapłacił. Wtedy drugi rzeźnik podał rodziców do sądu, że sprzedali złe mięso. Ojciec stawił się na wezwanie i pokazał zaświadczenie weterynaryjne. W ten sposób uniknęli kary.

Dwaj mężczyźni zmówili się między sobą: pójdziemy obejrzeć Francka. Kiedy przyszli koło jej posesji, Ona wyszła ku nim do furtki, obróciła się w koło i powiedziała: »obejrzeliście se mnie to teraz idźcie nazod«.

Pewnego razu przyszedł do niej jakiś pan, a ona akurat miała do znoszenia w workach zboże i kazała mu to zboże poznosić, gdy skończył powiedziała: »jakbyście byli w sutannie to nie musieli byście tych miechów nosić«. Okazało się, że był księdzem. Zdarzenie to powtarzane jest często i w różnych wersjach.

Wspomnienie Pani Klary K.

Ojciec mój pomagał państwu K. /Anna K. - siostrzenica Franciszki, która odziedziczyła jej dom i gospodarstwo/ przy omłotach. Pewnego razu młócili zboże brajtowkom, (maszyną do młócenia na prąd) i zabrakło prądu. Pani K. powiedziała mojemu ojcu aby poszedł do pokoju Franciszki i odpoczął a ona w tym czasie przygotuje posiłek. Ojciec wszedł i zaczął się modlić. Po dłuższej modlitwie wsparł się na kanapie od Francki i w tym momencie odczuł silny ból stawów i kości, czuł że coś się z nim dzieje. Wstał i znowu zaczął się modlić, po pewnym czasie włączyli prąd więc wrócili do roboty, a ojciec stwierdził: „to jest miejsce do modlitwy a nie do odpoczynku”.

Wspomnienie Pani Gertrudy M.

Babcia moja szła na Kanus, wzięła przysłowiowy „ostatni grosz” i powiedziała: „Nie będziemy ani na sól mieli, ale Francce dom”. I dała. Franciszka wyszukała datek wśród innych ofiar, dała go babci z powrotem mówiąc: „Bo nie byndziecie ani na soi mieli”.

Mama moja nie miała jeszcze kawalera, pewnego razu Franciszka powiedziała do niej: „Namówioła bym ci kogoś, ale miałabyś się za dobrze, dlatego byndzies mieć chłopa z Dralin, bo coś też musisz przejść (w sensie: nie idzie się za darmo do nieba). I tak się stało. Miała męża z Dralin i życie „różne, pokręcone” /brak bliższych wyjaśnień/.

Zdarzenia zasłyszane:
Pewna osoba przyszła pytać o córkę, która służyła u Żydów i miała za dwa tygodnie przyjść, ale jej nie było. Ponoć miała się tam niedobrze, lecz nie wracała. Franciszka w czasie modlitwy zaczęła śpiewać „Ciebie na wieki wychwalać będziemy” i powiedziała, że za tę dziewczynę (jej duszę) nie trzeba się już modlić. Zginęła śmiercią męczeńską. Podała porównanie - wycisnęli z niej krew jak sok z winogrona.

W święto Wszystkich Świętych Franciszka szła na cmentarz i zobaczyła nieokrytą /nieogaconą/ budę od psa. Weszła i powiedziała: „okryjcie ta buda, bo bydziecie pokutować za psa”.

Wspomnienie Pani Heleny K.

Ojciec mój Jan K. chodził na Kanus do Francki i opowiadał, że niejaki C. z Górnej Wsi (część Zborowskiego) poszedł do Franciszki, po drodze zostawił pod mostkiem butelkę z wódką. Ona dała mu odpowiedź dotyczącą sprawy, w której przyszedł, a potem dodała: „Weźcie se ta gorzałka, coście pod mostkiym łostawiyli”.

Małżeństwo N. ze Zborowskiego nie mieli dzieci. Mąż lubił wypić i nie miał dobrego charakteru, ale nie byli biedni. Na pytanie żony, czy mają mieć dzieci, Franciszka powiedziała: „Z tym człowiekiem nie miej dzieci, bo będą takie jak on”. Pozostali bezdzietni.

Nie wszyscy wierzyli w jej dar, i tak żeby ją wypróbować, wzięli do butelki mocz od konia i poszli z pytaniem, na co jest chory ten człowiek. Francka od razu im powiedziała, że ta klacz jest zdżebno i się ożdżebi (podała termin), a do nich, że przyszli z ciekawości.

Wspomnienie Pana Alfreda R.

Babcia moja poszła w pewnej sprawie do Francki,. Ta kazała jej w czasie modlitwy wytrzeć podłogę, ale po chwili rzekła: „Widza, że niy mos chynci, to nie wyciyrej”.

Wspomnienie Pani Liliany R.

Moja babcia była samotna i nie miała zamiaru wychodzić za mąż, ale zmarła jej siostra i osierociła dwoje dzieci. Znajomi i rodzina namawiali ją, żeby wyszła za mąż za szwagra. Nie wiedząc, co robić poszła do Franciszki, ta ani nie odmówiła, ani nie zaleciła. Powiedziała tylko, że jeśli go weźmie to będą żyć razem krótko. I tak się stało, dziadek odszedł zostawiając babcię z siedmiorgiem dzieci, (5 było z drugiego małżeństwa). Powiedziała jeszcze babci, że ma iść do domu inną drogą, boją spotka nieszczęście - przyszła szczęśliwie.

Wspomnienie Pani Marta S.

Teściowa moja Gertruda M. z Borek Małych szła do Francki i była ciekawa co jej powie. Gdy tylko weszła, usłyszała: „Szłaś koło dwóch kościołów i do ani jednego nie weszłaś”.

Wspomnienie Pani Róży P.

Teściowa Maria P. i Maria P., obydwie ze Zborowskiego szły na Kanus wydeptaną ścieżką przez zasiane żytem pole. Franciszka powiedziała im, że podeptały żyto: chleb i za to musiały narżnąć sieczki.

Wspomnienie Pani Krystyny K.

Matka mojego męża, Maria K. wspominała, że jako 12- 13 letnia dziewczynka szła z Ostrowa, z kimś z rodziny do Francki. Skradziono im z gospodarstwa konie i nie wiedzieli czy ich szukać, czy nie. Nie był to wtedy rzadki przypadek, a złodzieje sprzedawali skradzione zwierzęta na jarmarkach gdzie czasami poszkodowani odnajdywali swoje sztuki. W czasie zabrania Francka powiedziała: „Co do tych koni, to ich nie szukać, gdyż skończy się to źle, a mocie źdźobka to se go uchowiecie”. O istnieniu źrebaka Franciszce nie powiedziano.

Nieżyjąca już pani Marta G. wspominała, że jej matka chciała wstąpić do klasztoru i poszła pytać o radę. Franciszka powiedziała, że ma wyjść za mąż.

Wspomnienie Pani Wiktorii U.

Matka moja szła z Lublińca na Kanus i dołączył się do niej jakiś pan, zaczął rozmowę i w jej trakcie zapytał, dokąd idzie. Gdy się dowiedział, że do Francki, to zdecydował się też tam pójść. Kiedy przyszli na miejsce, Franciszka podeszła do furtki, wpuściła matkę a temu panu kazała iść do Lubecka do kościoła i pomodlić się. Potem zwróciła mamie uwagę, żeby nie rozmawiała z nieznajomymi osobami, bo to był ksiądz, który przyszedł „na przeszpiegi” (z ciekawości).

W trudnych sprawach, Franciszka zalecała modlić się między godziną 12 a 13 pod gołym niebem, bo wtedy Pan Jezus jest najbardziej opuszczony.

Mama wspominała jej wypowiedź: „Gdy pójdziecie do Lubecka (z Lublińca) , z chwilą ujrzenia wieży kościelnej nie rozmawiajcie, ale się módlcie, bo tam będzie Kalwaria”. Przy tej drodze są obecnie stacje Drogi Krzyżowej i różańcowe: radosne i bolesne, i w każdą ostatnią sobotę miesiąca Rycerze Niepokalanej z Lublińca idą w pielgrzymce do Lubecka odmawiając modlitwy.

Pewne małżeństwo nie miało dzieci, więc kobieta poszła po radę do Franciszki, i usłyszała: „Starejcie się o dzieci, bo wos chłop na starość zostawi sama”. Było to małżeństwo dobrze żyjące, ale te słowa skłoniły kobietę do podjęcia leczenia w wyniku czego dzieci przyszły na świat. W czasie II wojny światowej mąż znalazł się w Anglii, tam zobaczył „inne” życie, ale powrócił. Po pewnym czasie powiedział: „gdyby nie dzieci, to bym nie wrócił, bo ty byś sobie sama poradziła w życiu”.

Moja teściowa z dwoma osobami szła z Pustkowia na Kanus. Franciszka powiedziała im, by z powrotem szły jedna za drugą. I tak wracały. W pewnym momencie wypadła gromada lisów czy psów ale je szczęśliwie ominęła.

Wspomnienie Pana Piotra P.

Ciotka mojej matki, mieszkająca na Zborowskiem, chodziła na Zawadzkie do człowieka, który miał podobny charyzmat jak Franciszka, ale był on już stary. Ciotka zapytała: „Gdzie będziemy potem chodzić?”. On odpowiedział: „niedaleko koło was rośnie dziewczynka, która będzie przepowiadać.”

Matka moja Maria P. mieszkała na Zborowskiem, chodziła do Lubecka do kościoła i uczyć się katechizmu po polsku. Znała Franciszkę Ciemienga i często ją odwiedzała. Francka powiedziała jej: „Tyś jest modo i nie rada się modlis, to idź mi zdziałać masło, abo ściepać słoma.” Matka wykonywała tam różne roboty. Czasami ludzie powierzali jej sprawy a ona przynosiła im odpowiedzi. Kiedyś było już późno (jesień) i matka mówi: „Dejcie mi jus te modlitwy, bo jo się boja iść tak nieskoro”. Francka powiedziała: „Jo ci powiym kiej mos iś, tam ci sie ktoś trefi”. I w Glinicy stał przed karczmą rzeźnik ze Zborowskiego, który jechał z Lublińca do domu furmanką i ją zabrał.

W gospodarstwie, w którym mieszkała matka między 1915 a 1923 rokiem (trudno dokładnie określić datę), w krótkim czasie, właściwie jedno po drugim, zmarło na dur brzuszny dwoje dzieci a trzecie było chore. W związku z tym posłano matkę z pytaniem - co robić? Franciszka powiedziała, że ma iść szybko do domu, bo ten trzeci czeka na modlitwę i dała jej modlitwy za konających. Dodała jeszcze, żeby dwoje dzieci, które są jeszcze zdrowe zabrać ze stajni, gdzie przejściowo mieszkała ta rodzina, bo też zachorują. Dzieci umieszczono w domu i przeżyły.

Małżonkom Wojciechowi i Franciszce K. zmarło dwoje czy troje dzieci. Matka Franciszki szła z moją mamą na Kanus spytać, dlaczego te dzieci umierają. Jednak z chwilą przyjścia nic nie mówiła. Francka jej powiedziała: „Wyście przyszli skuli tych dzieci - tam jesce bydzie tyla dzieci, ze wom się łomierznom.” Potem dodała: „A jakby się w tyj rodzinie co stało...” (nie dokończyła tego zdania). Rodzina K. wyprowadziła się na Myślinę, kupili tam gospodarstwo i zamieszkali z szóstką dzieci. Po 1945 roku mąż Wojciech obrabiał w domu deski, i kawałek drewna wbił mu się w oko. W drodze do szpitala w Dobrodzieniu zmarł.

Franciszka S. miała kawalera, który dużo pił i poszła z matką, żeby się zapytać czy ma wyjść za niego, ale nic Franciszce nie powiedziała. Francka od razu jej rzekła: „Prziszłaś skuli tego kawalera, który bardzo pije” i dodała „pijok tysz musi mieć schroniyniy”. Pobrali się. Po dzień dzisiejszy wspominana jest S. co miała chłopa pijaka i dużo dzieci.

Błażej K. dostał wylew i go sparaliżowało. Proszono matkę by spytała Franciszkę o radę. Francka dała modlitwy i na koniec powiedziała, że z tego ojca będziecie mieć jeszcze trochę pociechy. Częściowo sparaliżowany żył około 12 lat.

Gdy zbierały się u Franciszki osoby, kazała im się modlić. Pewnego razu weszła w trakcie modlitwy i była bardzo poruszona, powiedziała do jednej kobiety: „Wyście som z Kochcic, tam się stało wielki nieszczęście. Ojciec przejechał synka wioząc gnój, ale to nie wasz".

Matka dostała postrzał w palec, ciotka kazała jej go zdezynfekować, ale mama nie posłuchała. Rana się zaogniała, więc poszła do Francki. Ta jej powiedzała; „Cymuś nie usuchła ciotki, teraz idź wartko do lekarza”. Palec zoperowano, ale pozostał krzywy.

Ojciec Jana L. był na I wojnie światowej, żona poszła pytać co z nim jest, wróci czy nie. Franciszka powiedziała, że on już idzie, ale nie będzie długo z wami. Zanim ona wróciła to jej mąż był już w domu, ale żył jeszcze tylko cztery lata (zmarł w 1922 roku).

Wspomnienie Pani Marii B.

Moja mama nie rozumiała po polsku, więc chodziła na Kanus z Hanką C. z Zapieca. Do mamy zalecał się Wojciech B. i ona poszła pytać czy ma za niego wyjść za mąż.. Franciszka powiedziała, że tak, bo to jest dobry człowiek. Potem kazała im się modlić, ale po chwili powiedziała do mamy: „Ty lepij napaś mi krowa”, a Hanka musiała plewić kartofle.

Do matki jeździła krewna od Franciszki, Frau Maerich mieszkająca bodajże w Hamburgu. Franciszka podarowała jej dużą chustę , koloru szarego w kratę i powiedziała: „ Jo ci ta chustka podaruja, ale ty jij i tak nie bydzies nosić, boś ty jest pani z miasta". I rzeczywiście, Frau Maerich przecięła ją na pół i dała pani K. z Ciasnej, a drugą połowę miała moja mama. Jeszcze do niedawna była u nas w domu.

Wspomnienie Pani Anny P.

Wiktoria M. ze Zborowskiego służyła w Lubecku na farze, często z kucharką odwiedzały Franciszkę. Po jakimś czasie Wiktoria wyszła za mąż i wróciła na Zborowskie. Wysłała najstarszą córkę w jakiejś sprawie do Franciszki. Dziewczyna chciała kupić sobie po drodze oranżadę ale nie miała pieniędzy - i nie kupiła. Gdy załatwiła sprawę i miała wracać, Franciszka dała jej pieniądze i powiedziała: „Sam mos a kup se oranżada”.

Wiktoria M. poszła w pewnej sprawie do Francki, wtedy jej dzieci były już duże a syn Jan mieszkał w Chorzowie. Franciszka udzieliła odpowiedzi, na koniec dodała: „A za tego syna w świecie gorąco się módlcie.” Wiktoria była tym zdziwiona. Okazało się, że Jan wyjechał do Niemiec i pracował na kopalni, ciężko zachorował na zapalenie płuc. Dopiero z otrzymanego telegramu, w którym prosił o pieniądze na drogę powrotną dowiedzieli się gdzie jest. Ojciec przesłał je, dzięki temu wrócił i wyzdrowiał.

Ojciec mój miał wypadek na kopalni, był bardzo silnie potłuczony, przez siedem dni leżał ledwo żywy. Franciszka dała nam modlitwy do Anioła Stróża. I wyzdrowiał.

Gdy chodziło o różne domowe przypadki, dawała modlitwy do Św. Jerzego, Archanioła Michała, Św. Floriana, było też określenie „Pacierze”.

Jeden mężczyzna mówił, że idzie zobaczyć Franciszkę, ta wyszła ku niemu obróciła się w koło i rzekła: „Teraz żeś mię zobocoł, to idź”.

Czasem kobiety idąc narzekały, że znowu muszą się długo modlić, to Franciszka od razu je odprawiła słowami: „Idźcie se do dom”.

Wspomnienie Pani Gertrudy W.

Babcia moja - Joanna K. chodziła z Marią P. na Kanus. Po ich weselu , gdy zamieszkali razem w domu rodzinnym dziadka zginęły pieniądze, posądzano go, że je ukradł i przyniósł żonie, ale on był niewinny. Babcia poszła w tej sprawie na Kanus. Franciszka powiedziała, żeby tych pieniędzy szukali w komorze pod beczkami, bo tam wyniosły je szczury. I rzeczywiście znaleziono pieniądze, ale niestety były pogryzione.

Innym razem poszła w sprawie brata od dziadka, który został postrzelony, Franciszka kazała jej iść szybko do domu, bo on już nie żyje. Gdy wróciła zastała go martwego.

Kiedyś gdy miały już wracać Franciszka powiedziała im; „Ićcie wartko, bo przidom inne strażniki i jak się ściymni bydom wos wocyć po posterunkach”. Tyle co przeszły granicę, nastąpiła zmiana wartowników.

Wspomnienie Pani Heleny P.

Mama moja Elżbieta była starszą panną i miała wyjść za mąż za Jana K., który owdowiał i miał czworo dzieci. Wahała się, więc poszła do Franciszki po radę, ale przychodząc nie powiedziała po co przyszła. Po modlitwach Francka jej rzekła: „Ty mos tako sprawa, a bydzies mieć wielko zasługa, żeś wziyna czworo dzieci”. Najmłodsze miało 2 lata, najstarsze około 8. Pobrali się i miała jeszcze swoich też czworo.

Wspomnienie Pani Agnieszki H.

Dawniej wkładano zmarłej osobie, również dorosłej do trumny święte obrazki, Franciszce też je włożono. Wioząc ją po bardzo wyboistej drodze z Kanusa do Lubecka w obawie by ciało nie uległo skrzywieniu, postanowiono przed kościołem otworzyć trumnę. Okazało się , że wszystko, nawet obrazki są w nienaruszonym stanie.

Wszystkim, którzy podzielili się wspomnieniami o Franciszce Ciemienga składam serdeczne „Bóg zapłać"
Spisała Helena Ledwoń

Osoby mogące oraz chcące podzielić się swoimi wiadomościami i wspomnieniami lub doświadczeniem związanym z sp. Franciszką Ciemiengą proszę o kontakt